Przyszedł czas na ostatni pokój w Tarapatach. Szłam do niego trochę tak, jak wcześniej do „Wyroku Arktyki”, czyli bez większych oczekiwań. Po dwóch poprzednich scenariuszach miałam bardzo mieszane uczucia, więc postanowiłam nie nastawiać się ani dobrze, ani źle. Chciałam po prostu zobaczyć, czym Tarapaty zakończą naszą serię wizyt.
Na plus: tym razem obsługa była lepsza. Nadal jednak zabrakło mi krótkiego pokazania, jak działają niektóre elementy w pokoju, tak jak często robi się to w innych escape roomach. Osoby, które regularnie chodzą do ER, pewnie będą wiedziały, o co mi chodzi. Czasem takie krótkie techniczne wprowadzenie naprawdę pomaga później uniknąć niepotrzebnego zastanawiania się, czy coś robimy źle, czy po prostu dany element działa w konkretny sposób.
Na minus: naszym Mistrzem Gry ponownie był nasz ulubiony… TABLET. Widać, że właściciele tego ER mocno lubią nowoczesne rozwiązania, bo podpowiedzi znowu pojawiały się na tablecie. Niestety w tym pokoju odebrałam to jako duży minus. Tutaj aż prosiło się o kontakt z żywym Mistrzem Gry, który mógłby lepiej zbudować napięcie, wprowadzić w historię i nadać całości więcej klimatu.
Klimat pokoju całkiem dobrze oddaje założenia scenariusza i to zdecydowanie zaliczam na duży plus. Widać, że pomysł na atmosferę był tutaj bardziej spójny, a sam wystrój pomagał wejść w historię.
Zagadki były różne. Część z nich była logiczna i przyjemna do rozwiązania, ale pojawiły się też takie, które wydały mi się trochę przekombinowane. Myślę, że nie każdemu taki typ łamigłówek podejdzie do gustu, bo momentami zamiast płynności pojawiało się lekkie zastanowienie, czy faktycznie idziemy właściwym tropem.
To też jeden z tych pokoi, w których naprawdę żałowałam, że na starcie nie dostaje się nawet małej latarki. Wiem, że czasem półmrok jest elementem klimatu, ale tutaj momentami bardziej przeszkadzał niż budował napięcie. Myślę, że znajdą się osoby, które dobrze zrozumieją, o co mi chodzi.
Na tle pozostałych pokoi w Tarapatach ten scenariusz wypada według mnie lepiej niż „Kolejna stacja: morderstwo” oraz „Pandora”, ale nadal słabiej niż „Wyrok Arktyki”. Finał był poprawny, jednak bez większego efektu „wow”, którego przy takim klimacie trochę się spodziewałam.
Co ciekawe, ten pokój jest przewidziany na 60 minut, a „Pandora” na 70 minut. Dla mnie powinno być dokładnie odwrotnie. Tutaj miałam poczucie, że scenariusz potrzebuje więcej czasu i przestrzeni na spokojne przejście, zwłaszcza przez niektóre mniej oczywiste zagadki. „Pandora” z kolei wydawała mi się prostsza i krótsza w odbiorze, więc te proporcje czasowe trochę mnie zdziwiły.
Po „Kolejnej stacji: morderstwo” zdecydowaliśmy się pójść do kolejnego pokoju w Tarapatach. Było już dobrze, było też słabiej, więc chcieliśmy sprawdzić, w którym kierunku idzie ten escape room i jak wypadają jego kolejne scenariusze.
Przy okazji uznaliśmy, że skoro zaczęliśmy już odwiedzać pokoje w tym miejscu, to zrobimy wszystkie dostępne scenariusze i dopiero wtedy wyrobimy sobie pełniejszą opinię o całym ER.
Tak jak w poprzednim pokoju, naszym „Mistrzem Gry” ponownie był tablet. Tym razem jednak przeszkadzało mi to znacznie mniej, bo przy klimacie tego scenariusza takie rozwiązanie da się jeszcze zaakceptować. Nie buduje ono może szczególnej atmosfery, ale też nie wybijało mnie z niej tak mocno jak wcześniej.
Klimat pokoju starał się utrzymać nas w poczuciu, że faktycznie znajdujemy się na statku kosmicznym, co uznaję za duży plus. Widać było pomysł na scenografię i próbę zbudowania odpowiedniego nastroju, a sam motyw pasował do sposobu prowadzenia gry przez tablet.
Zagadki ogólnie były ciekawe, ale dość łatwe. Nie jest to dla mnie duży minus, bo czasem prostszy pokój też potrafi dać dużo frajdy, jeśli wszystko dobrze działa i płynnie prowadzi przez historię. Niestety tutaj muszę zwrócić uwagę na to, że niektóre elementy nie działały tak, jak powinny. W takich momentach zamiast satysfakcji pojawia się irytacja, bo trudno stwierdzić, czy problem leży po naszej stronie, czy po stronie mechanizmu.
Ten pokój zdecydowanie zmazał złe wrażenie po poprzednim scenariuszu, ale mam jedno duże zastrzeżenie: 70 minut na jego przejście to moim zdaniem zdecydowanie za dużo. Przy poziomie trudności i liczbie zagadek czas gry wydaje się trochę zawyżony, przez co pokój nie daje takiego poczucia tempa, jakie mógłby mieć.
Dodatkowo samo wprowadzenie wprowadza pewien chaos, jeśli chodzi o czas przeznaczony na grę. Miałam też wrażenie, że obsługa nie do końca wie, ile faktycznie powinno trwać przejście tego pokoju. To drobiazg organizacyjny, ale jednak wpływa na odbiór całości, bo już na starcie pojawia się niepotrzebne zamieszanie.
Podsumowując, ten pokój wypadł zdecydowanie lepiej niż „Kolejna stacja: morderstwo” i zostawił po sobie przyjemniejsze wrażenie. Ma ciekawy klimat, prostsze, ale całkiem przyjemne zagadki i pomysł, który pasuje do formy prowadzenia przez tablet. Niestety problemy techniczne i zamieszanie związane z czasem gry trochę psują odbiór całości. To nie jest pokój, który zapamiętam na długo, ale był wystarczająco przyjemny, żeby nie żałować wizyty.
Po „Wyroku Arktyki” zdecydowaliśmy się na kolejny pokój w tym escape roomie. Po Arktyce spodziewaliśmy się trochę więcej, niż ostatecznie dostaliśmy, ale sam pomysł na ten scenariusz od początku wydawał się bardzo ciekawy. W końcu kto nie kojarzy klimatu „Morderstwa w Orient Expressie”?
No dobra, zejdźmy jednak na ziemię. Albo raczej na peron, skoro jesteśmy na stacji.
Na początek wprowadzenie. Niestety nie urzekło mnie szczególnie, a mam wrażenie, że można było zrobić je lepiej bez ponoszenia dużych kosztów. Oczywiście trzeba mieć na uwadze, że te pokoje nie należą do drogich, bo kosztują mniej niż 200 zł, więc nie oczekuję tutaj filmowej produkcji. Mimo wszystko przy takim temacie już sam start mógłby mocniej wciągnąć w klimat i lepiej zbudować pierwsze emocje przed wejściem do pokoju.
Zagadki są raczej na średnim poziomie trudności. Niektóre były ciekawe i dobrze wpisywały się w klimat pokoju, inne wypadały trochę słabiej. Największy problem miałam jednak z jedną zagadką, która moim zdaniem nie była dobrze przystosowana do niższych osób. Gracze poniżej 180 cm mogą mieć z nią trudność, a dla mnie, przy 160 cm „w kapeluszu”, była to już wyraźna przeszkoda, która bardziej frustrowała niż bawiła.
Wystrój pokoju wyraźnie próbował oddać klimat wagonu w stylu Orient Expressu, ale niestety czegoś mi w nim brakowało. I to dość mocno. Widać było jednak starania, więc uznaję to za plus, choć sam potencjał tematu moim zdaniem nie został w pełni wykorzystany. Przy takim motywie liczyłam na bardziej dopracowaną scenografię, która mocniej przeniesie nas w klimat eleganckiej, kolejowej tajemnicy.
Niestety największym minusem była dla mnie obsługa. Inne escape roomy przyzwyczaiły mnie do zupełnie innego poziomu kontaktu z graczem, dlatego tutaj trudno mi napisać coś pozytywnego. Trzeba też mieć na uwadze, że w praktyce w tym pokoju nie ma klasycznego Mistrza Gry. Podpowiedzi wyświetlają się na tablecie, co może jest rozwiązaniem funkcjonalnym, ale kompletnie nie buduje klimatu. Przy pokoju opartym na tak wyrazistym motywie brakowało mi osoby, która poprowadziłaby nas przez historię i dodała całości trochę emocji.
To był nasz ostatni pokój kończący mini maraton w Tarapatach. Po Następnej stacji oraz Pandorze baliśmy się, że to będzie kolejny pokój na tym samym poziomie. Jednak tym razem pozytywnie się zaskoczyliśmy. Oczywiście daleko Klinice śmierci do Wyroku Arktyki, czyli ich najlepszego pokoju, ale nie było źle.
Przede wszystkim warto zaznaczyć, że tym razem cała sceneria była dużo bardziej immersyjna. Wnętrze rzeczywiście odpowiadało temu, jak taka klinika może wyglądać. W sprytny sposób zaaranżowano otoczenie. Dzięki temu nie trzeba było aż tyle inwestować w rekwizyty, a i tak były dobre wrażenia.
Zagadki były zróżnicowane i serio trzeba być w tym pokoju uważnym, bo bardzo łatwo jest coś przeoczyć i finalnie utknąć na jakiejś zagadce, pomimo że nie jest ona aż tak trudna. Co do samych zagadek są one raczej w konwencji one step, czyli trzeba wykonać „jeden krok”, aby coś rozwiązać. Nie ma raczej nic dużo bardziej skomplikowanego. Oczywiście nie traktuję tego jako wadę, a bardziej jak cechę pokoju.
Oczywiście warto też pamiętać, że pokój na dwie osoby kosztuje 180 zł, co jest atrakcyjną ceną. Swoją drogą nie wyobrażam sobie pójść do tego pokoju w więcej osób, bo byłoby po prostu ciasno i nie byłoby co robić. Czasem w 2 osoby już mieliśmy takie wrażenie.
Gdyby na tym cała recenzja się zakończyła, to uznałbym to za naprawdę spoko pokój. Oczywiście nie jakiś top, ale fajny solidny pokój.
Niestety było trochę rzeczy, które zmarnowały potencjał tego pokoju.
Obsługa poinformowała, że w pokoju są dwa rodzaje kłódek. Jedna była dość niecodzienna jeśli chodzi o jej otwarcie. Niestety obsługa nie pokazała nam tej kłódki przed grą i nie mieliśmy możliwości sprawdzenia jak ona działa. Podczas samej gry straciliśmy na nią niestety niepotrzebnie czas, bo sposób jej otwarcia nie był aż taki oczywisty. Wystarczyło ją zademonstrować przed i problem by zniknął. Jedna zagadka przez drobny detal była bardzo nieoczywista i wyglądała jak jeszcze nieaktywna. Skutkowało to tym, że wiedzieliśmy jak ją przejść, ale nie wiedzieliśmy, że tyczy ona się dokładnie tego. Kolejna zagadka była bardziej logiczna. Miała pokazaną logikę rozwiązania, ale niestety ta logika nie przewidywała jednej bardzo istotnej rzeczy i też nas zablokowała na długo. Nie samą trudnością, ale niepełnością instrukcji. Gdyby system podpowiedzi działał w dwie strony, to wystarczyło byśmy się spytali o jedną rzecz i sami byśmy ją rozwiązali. Niestety nie było takiej możliwości. Warto poprawić ten szczegół, bo serio on ma znaczenie.
Na koniec jeszcze może drobnostki, ale jeśli obracamy się już w klimacie szpitalnym, to zadbajmy o to, aby nie dawać losowych znaków, ale może coś bardziej medycznego, co skrótów i symboli (nawet tych związanych z morfologią) jest tyle, że mamy w czym wybierać. Wiem, że to detal, ale jednak wybija z tej immersji.
Nie wszystkie zagadki, czy elementy wystroju zgrywały się z klimatem i tematyką, ale to rozumiem, że może być subiektywne odczucie.
Pokój z fajnym potencjałem, ale niestety nie udźwignął bycia 9
To był nas pierwszy pokój od Tarapatów i teraz po ukończeniu wszystkich z pełną świadomością mogę powiedzieć, że jest ich najlepszym pokojem. Jeśli nie masz za zadania ukończyć jak najwięcej ERów, tylko szukasz tych pojedynczych, aby się dobrze bawić, to wybierz tylko ten.
Widać i czuć, że pokój jest nowy. Na całe szczęście odbiega totalnie od pozostałych pokoi. To zdecydowanie na duży plus.
Już na etapie wprowadzenia jest ciekawiej, bardziej klimatycznie i jakoś tak spójnie z aktualnymi standardami nowych pokoi. Widać, że ktoś się bardzo postarał i chciał zrobić coś więcej. Zagadki bardzo fajne, klimatyczne i przede wszystkim utrzymane cały czas w klimacie pokoju i zadania jakie mamy (a to w Tarapatach niestety nie jest takie oczywiste). Sam poziom pokoju oceniamy na taki solidny średniak. Można się dobrze bawić i raczej nie ma obawy o utknięcie gdzieś na dłużej. Sam system proszenia o podpowiedzi również mega immersyjny i dopasowany do klimatu pokoju. Warto jednak wspomnieć, że we wszystkich ich pokojach system podpowiedzi jest jednostrnonny, czyli po prostu dostajemy podpowiedź, ale nie mamy żadnej możliwości zakomunikowania w czym jest problem. Czasem może to działać na minus jeśli wiemy jak coś zrobić, ale chcielibyśmy się dopytać co i jak.
Obsługa w Tarapatach to niestety chyba najbardziej losowa rzecz. Za każdym razem (podczas wszystkich 4 wizyt) obsługiwał nas kto inny i ten poziom znacząco się różnił. I to nie na zasadzie, że jeden gorzej a reszta super. Każda wizyta to kompletnie inne odczucia obsługi.
Większych minusów samego pokoju nie zauważyliśmy, więc śmiało możemy go polecić.
Nie jest to trójmiejski TOP, ale takie solidne 9.3, co czyni go pozycją obowiązkową dla lokalnych miłośników ERów, ale jeśli wpadasz do trójmiasta tylko na chwilę, to jednak znajdziesz coś jeszcze lepszego.